PIERWSZY ODCINEK NOWEGO SEZONU
DELAJTS
Świadectwa
Pewny zbawienia
Mam na imię Jacek. Od urodzenia mieszkałem w dużym mieście, ale w dzieciństwie latem wyjeżdżałem na cichą wieś. Tam mieszkał mój dziadek. Często mówił mi o Bogu – ciepło, prosto, najlepiej, jak potrafił.
Dwa światy
Słowa dziadka, który do dziś pozostał dla mnie autorytetem, trafiały do mojego młodego serca i wraz z urzekającą urodą pól i łąk składały się na mój idylliczny obraz świata. Ale lato szybko mija. W miesicie, do którego wracałem, czekało mnie coś zupełnie innego. Inny świat. Inni ludzie. Koledzy, którzy chełpili się cwaniactwem i sprytem. Dorośli – przeważnie nietrzeźwi – przemierzający chwiejnym krokiem okolice bazaru. Oczywiście w tym świecie mówiło się o Bogu, ale tylko w kościele, tylko od święta. Na co dzień obowiązywała maska człowieka mocno stojącego na ziemi i zdobywającego wszystko własnymi rękami.
Z dnia na dzień
Czas szkoły i studiów rozjaśnił trochę ten szary obraz otaczającego mnie miasta. Ideały „dzieci kwiatów” kusiły mnie prostotą śmiałych pomysłów urządzenia tego świata szybko i całkiem na nowo. Nawet się nie obejrzałem, jak przez własne zarozumialstwo, przestałem bywać w kościele i szukać Tego, który naprawdę kieruje tym światem. Ja wiedziałem lepiej. Jeśli nie ja, to koledzy z pracy – zwłaszcza ci, którzy kombinowali i mieli. Przez jakiś czas udawało mi się żyć czerpiąc proste wzorce, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Byle było parę groszy – a reszta jakoś się ułoży. Ale coraz bardziej nie układało się. Małe sukcesy i małe niepowodzenia następowały po sobie zlewając się w codzienną szarzyznę, aż nastąpił kryzys – głęboki i dokuczliwy. Zatęskniłem wtedy do dawnych szczęśliwych dni, kiedy znałem jeszcze Boga.
Zamknięte drzwi
W pewne sobotnie popołudnie wracając do domu zmęczony dodatkową pracą zapragnąłem wejść do kościoła. Bardzo chciałem znaleźć się w mrocznym i cichym wnętrzu. Wszedłem na schody, nacisnąłem klamkę i... Nie chciało mi się wierzyć: drzwi były zamknięte. Ten kościół w centrum miasta, który znałem z dawnych lat, zwykle był otwarty od świtu do zmroku, dzień w dzień. W święta i dni powszednie. Nie możliwe, aby kiedykolwiek był zamknięty. Wróciłem, by spróbować jeszcze raz. Może jest inne wejście? Nie było. Odszedłem z poczuciem, że Bóg mnie odtrącił. To poczucie towarzyszyło mi codziennie przez kilka lat.
Osobiste spotkanie
Aż pewnego dnia, za namową mojej wspaniałej żony poszedłem na spotkanie biblijne. Tam spotkałem Jezusa. Znałem Go już wcześniej, ale jakby z pewnej, dość znacznej odległości. Raczej wiedziałem o Nim. Wiedziałem, że zbawił świat, ludzi, ale do tej pory uważałem że to było gdzieś daleko i bardzo dawno. Czytając wspólnie z uczestnikami spotkania Pismo Święte odkryłem, że odkupienie dotyczy mnie bezpośrednio, osobiście. Dotarło do mnie, że to moje grzechy zabrał Jezus ze sobą na krzyż. Ta świadomość mocno wstrząsnęła moim sumieniem i trochę przeraziła. Jeszcze przez jakiś czas nie przyjmowałem Jezusa do swojego serca. Czułem się winny i niegodny. Nie pojmowałem, na czym polega Boże miłosierdzie. Wkrótce jednak Bóg dał mi odczuć swoją moc i wszechobecność.
W rękach najlepszego fachowca
Pewnego styczniowego poranka jadąc do pracy czułem się pewny, radosny i bezpieczny. Nagle nie wiadomo skąd i dlaczego zajechał mi drogę inny samochód. Skręciłem na oblodzone pobocze i pędziłem nie mając szans na odzyskanie kontroli nad samochodem. Gdy już się zatrzymałem, ze zdumieniem zobaczyłem, że nic się nie stało. Stałem po prostu pomiędzy ogrodzeniem i słupem i tylko nie mogłem wyjść, bo niebyło miejsca, by otworzyć drzwi. Przypomniały mi się wtedy czytane wersety Biblii i pomyślałem: „Panie Boże, Ty jesteś fachowcem we wszystkim, Ty napełniałeś rybami sieci Szymonowi, Ty prowadziłeś cały czas moje życie i mój samochód. Nie ma zatem powodu, by się Ciebie obawiać. Wiesz jaki jestem. Nic przed Tobą nie ukryję. Nie powinienem też obawiać się przyjąć Cię do mojego serca”. I tak przyjąłem Jezusa. Mam na imię Jacek, Jacek pewny zbawienia.
Jacek Gumowski

