Proszę o modlitwę, ale sama nie wiem, o co. Mam 59 lat, jestem samotna, nie licząc syna alkoholika. Jestem bardzo schorowana, nie mam na nic siły, jestem bardzo słaba. Mam malutką rentę. Mieszkam z wyjątkowo toksyczną matką, takich ludzi nie ma na świecie. Moim zdaniem, matka jest opętana, m.in kultem maryjnym. Całe dnie się na mnie drze, wszędzie szuka pretekstów do awantur. Wyzywa mnie, ubliża. Zabiera mi całą rentę, bo mnie utrzymuje. Nie mogę mieć własnego życia, wszędzie wlezie, wszystko kontroluje. Nie mogę rozmawiać przez telefon, bo słucha, komentuje i drze się, że mam kończyć. Nie mogę np. wejść do kuchni i zrobić sobie kanapki, bo się mnie brzydzi. Mam zakaz dotykania jedzenia. Mogę jeść tylko wtedy i tylko to, co ona uzna. Przeważnie daje mi jeść ok. 18. Każdy dzień to horror. Gada bez przerwy, zawsze jest źle, wszystko jej nie pasuje, nie można jej niczym zadowolić. Zawsze taka była. Z dzieciństwa pamiętam jedynie jej awantury. W końcu ojciec od niej uciekł. Teraz to koszmar. Mieszkam z nią od dwóch lat, nie mam dokąd pójść. To najkoszmarniejsze dwa lata mojego życia. Codziennie budzę się w lęku, bo wiem, że ona zaraz wstanie i się zacznie. Ona nie słucha nikogo, każdego zakrzykuje, a kto ma inne zdanie, ten wróg. Każdy jest głupi i nic nie wie. W domu, od rana do wieczora, na cały regulator wyje radio rydzyka i tvtrwam. Ona na caly głos, kilka razy dziennie, odprawia różańce. Na mnie się drze, że jestem w sekcie, że jestem opętana i mam iść do egzorcysty. Nie można z nia usiąść, normalnie porozmawiać, czegoś ustalić. Jestem nowo narodzona od 38 lat, a teraz nawet się nie modlę, nie mam siły, nie umiem. Znam doskonale Biblię, byłam nawet w Ord of Live, ale to mi nic nie pomaga. Kiedyś głosiłam wszędzie ewangelię, wyganiałam demony, ale to przeszłość. Siedzę w małym pokoiku, nawet nie mogę zamknąć drzwi, bo jest koszmarna awantura i muszę jej słuchać. Jak się nie drze, to gada, jakie ma straszne życie, jaka jest nieszczęśliwa, że inni mają cudowne rodziny, wspaniałe dzieci, tylko nie ona. Zawsze jej było źle, nigdy jej nic nie pasuje, wszystko neguje, nie można jej niczym zadowolić. Kłamie, zmyśla, przekręca fakty, byleby wyszło jak ona chce. Wszędzie mnie obgaduje, opowiada o mnie niestworzone rzeczy. Wyzywa mnie od dziwek, prostytutek. Jej zdaniem, zawsze byłam dziwką, bo kiedy miałam trzy miesiące i ona kładła mnie między siebie a mojego ojca, to odwracałam głowę i mizdrzyłam się do ojca. Nienawidzi kobiet. Boję się, że któregoś dnia nie wytrzymam, wbiję jej nóż i pójdę siedzieć. Jestem na granicy. Nie mam dokąd pójść, gdzie uciec. Rzadko wychodzę z domu, jedynie do lekarzy, wtedy ona dzwoni co pięć minut i robi awantury, że mnie długo nie ma. Nigdzie nie chodzę, jestem bardzo osłabiona, nie mam sił. Dojście do sklepu, czy na przystanek, to dla mnie straszny wysiłek. Czasami mdleję, jak coś jest za dużo. Choruję od 18 lat. Marzę o tym, żeby ona zeszła z tego świata, ale na to się nie zanosi. Ona ma 86 lat, jest super zdrowa, pełna energii, lata w te i we te, jak szalona. Wszyscy się dziwią. Nie ma żadnych oznak starości. Zawsze taka była. Pochodzi z rodziny, gdzie wszyscy mieli końskie zdrowie i żyli po 100 lat. Ona też dociągnie setki, jeśli nie lepiej. Nie widzę dla siebie ratunku, każdy dzień to koszmar. Mój mąż nie żyje, nie mam nikogo. Nie mam dokąd pójść, nie mam pieniędzy, mieszkania. Jestem skazana na nią. Chciałabym jak najszybciej umrzeć. Nie chodzę do kościoła, nie dojadę, za daleko, nie dam rady. Z resztą, ona by mnie wykończyła, gdybym chciała iść do innego kościoła niż katolicki. A musi wiedzieć, dokąd wychodzę, ze szczegółami. Moje życie to horror. Leczę się m.in. na depresję, a od pół roku przyplątała mi się nerwica natręctw. Jestem pewna, że to przez nią. Mój lekarz kazał mi się natychmiast wyprowadzić ale nie mam dokąd. Teraz była koszmarna awantura, bo przyszła moja renta i chciałam zatrzymać dla siebie sto złotych. Darła się, że nie wolno mi jeść. Jest wieczór, jadłam ostatnio rano, jestem głodna i nie wiem, co zrobić. Tak jest codziennie. Nie wiem, co będzie jutro, boję się. Chcę prosić o modlitwę, żeby Bóg to jakoś rozwiązał, choć nie widzę ratunku. Dziękuję wszystkim, którzy będą się modlić. Agnieszka.